|

Trzystuletni romans
Ich historia zaczela sie przed trzema wiekami. Hoza Praczke i statecznego
Palacza wyswatano, nie baczac, ze to mezalians. Rozlaczeni przemoca,
przemierzyli pol swiata. Dzis dzieli ich raptem pare warszawskich
ulic, ale polaczyc sie nie moga
WLODZIMIERZ KALICKI
Ryszard Boncza z niedowierzaniem wpatrywal sie w katalog nowojorskiego
domu aukcyjnego Sotheby's. Pod numerem 113. ujrzal "Praczke",
obraz siedemnastowiecznego holenderskiego mistrza Gabriela Metsu.
Obok znajdowala sie informacja, ze dzielo pochodzi z Polski, z palacu
w Lazienkach. Aukcja miala sie odbyc za kilka dni, 15 stycznia 1993
roku.
Pan Boncza, znany amerykanski konserwator dawnego malarstwa europejskiego
i kolekcjoner sztuki, nie mial watpliwosci: zaden obraz znajdujacy
sie przed II wojna swiatowa w galerii malarstwa w Lazienkach nie
mogl legalnie opuscic Polski.
Zadzwonil do polskiego konsula w Nowym Jorku, Jerzego Surdykowskiego:
- Na aukcji w Sotheby's oferowany jest obraz Gabriela Metsu skradziony
w Warszawie.
Gabriel wychodzi z domu uciech nad ranem, wieczorem zas zaprzecza
"Metsu Gabryjel, jeden z najlepszych malarzy rodzajowych niderlandzkich
[...] zyl po wiekszej czesci w Amsterdamie i zmarl tamze znekany
z przeciazenia praca. Obrazy jego naleza glownie do rzedu dziel
wymuskanych, spokojem i swoboda domowa tchnacych; pojecie ich proste
i niewymuszone, a wykonanie scisle i wzorowe; przymioty te na rowni
go stawiaja z Terburgiem i Dou'em. Jego "Laboratoryjum",
"Kobieta z owocami", przede wszystkim wielokrotnie kopijowana
"Chora z lekarzem", licza sie do najwyborniejszych utworow
rodzajowosci niderlandzkiej. Powolne malowanie, chorowitosc i wczesna
smierc nie daly mu wypracowac wielkiej dziel liczby, ktore tem samem
do rzadkosci i wysokiej naleza cennosci. Za zycia juz wielkiej uzywal
slawy i powszechnym cieszyl sie szacunkiem, a stosunki z nim bardzo
byly poszukiwane" - pisal w polowie XIX w. autor polskiej encyklopedii
Orgelbranda. Po dzis dzien to najzgrabniejsza w literaturze swiatowej
charakterystyka zywota Gabriela Metsu.
Zycie i tworczosc Metsu otacza mgla niejasnosci. Urodzil sie w
styczniu 1629 roku w holenderskiej Lejdzie. Dwa miesiace pozniej
zmarl jego ojciec, Jacques Metsu, znany malarz z kregu lejdenskiego
mistrza martwych natur, Dawida Bailly. W roku 1644, w wieku zatem
15 lat, Gabriel uwazany jest juz za pelnokrwistego artyste. Sklada
swoj podpis u notariusza na liscie malarzy chcacych zalozyc w Lejdzie
gildie sw. Lukasza. Zapiski w ksiegach miejskich wskazuja, ze przynajmniej
do roku 1654, czyli do czasu osiagniecia pelnoletnosci (wowczas
za doroslych uwazano mezczyzn, ktorzy ukonczyli 25 lat), przebywal
w Lejdzie. Dwa lata pozniej zadeklarowal w oficjalnym dokumencie,
ze jest mieszkancem Amsterdamu. Powod tej deklaracji nie byl zbyt
chwalebny; Metsu oficjalnie, na pismie, dementowal krazaca po Lejdzie
plotke, ze do malarskiej akademii sprowadzal ku swej sprosnej uciesze
dziewki wszeteczne, zas z zamtuza wychodzil o szostej nad ranem.
Ustatkowal sie w rok po opublikowaniu tego osobliwego listu otwartego.
Ozenil sie z Isabella de Wolff, corka damy znanej i nader interesujacej.
Maria de Wolff de Grebber byla krewna bardzo cenionego malarza z
Haarlemu, Pietera de Grebbera. Z powodzeniem malowala. Jako jedna
z nielicznych w XVII wieku kobiet zajmowala sie projektowaniem architektury.
Zachowal sie do naszych czasow jej portret. Pewna prywatna kolekcja
malarstwa w Danii ujawnila go w roku 1966. Uwieczniono na nim Marie
de Grebber przy sztaludze, z malarska paleta w reku.
Niewiele wiadomo o malzenskich latach Metsu. Na pewno chorowal,
utyskiwal na szwankujace zdrowie. O jego tworczosci wiemy dzis rownie
malo jak o jego zyciu prywatnym. Tylko dziewietnascie zachowanych
obrazow potrafimy datowac. We wczesnych latach mlodzienczych Metsu
najwyrazniej pozostawal pod wplywem swojego mistrza i wychowawcy,
slawnego Gerrita Dou z Lejdy. Pozniej ulegl urokowi techniki Fransa
Halsa. Tak przynajmniej wynika z analizy jego dziel.
Po przeprowadzce do Amsterdamu Metsu odkryl cudownosci plocien
Rembrandta. Wplyw wielkiego mistrza widoczny jest zwlaszcza w ostatnich
dzielach Metsu. Malowal wowczas powoli, coraz piekniej, coraz wnikliwiej,
z bezwzgledna szczeroscia, dana tylko najwiekszym artystom. W ostatnich
latach zycia tworzyl swietne sceny rodzajowe, bedace w istocie przejmujacymi
studiami portretowymi, studiami starosci, znuzenia, bezsily, rezygnacji.
Umarl w Amsterdamie w wieku 38 lat. Pochowano go 24 pazdziernika
1667 roku.
Palacza lacza z Praczka na dalsza droge zycia, ale to mezalians
Gabriel Metsu pierwszego powolal do istnienia Palacza. Namalowal
go w roku 1652 na niewielkiej desce o wymiarach 24 na 21 cm. Stary,
brodaty mezczyzna siedzi na krzesle, na tle muru. Na dlugie, niezbyt
swieze wlosy dosc niedbale nalozyl futrzana czapke. Na cynobrowy
kaftan z nie mniejszym brakiem starannosci narzucil ugrowa kamizelke.
Najwyrazniej tylko na chwile oderwal sie od rozkoszy palenia. Biala
fajke trzyma w dloni, na stoliku obok stoi czerwone naczynie na
popiol. Zmieta kartka za naczyniem nasuwa podejrzenie, ze Palacz
w niej wlasnie chowa szczypte tytoniu. W reku ma dzban z cynowym
wieczkiem, jeszcze jedno pocieszenie ostatecznie znuzonych.
Gabriel Metsu lubil Palacza. W jego plebejskie, zmeczone rysy tchnal
odrobine pogodnego ciepla, ktora zwyczajna, zniszczona twarz czyni
osobliwie piekna. Pedzel mlodego mistrza wymuskal sterane praca
i artretyzmem dlonie Palacza tak wspaniale, ze raczej wlasnie one,
nie twarz, przyciagaja dzis nasza uwage. Obok stolika zastygl zamyslony
piesek: niewielki, z pokroju podobny do jamnika, lecz bardzo kudlaty,
z bialym pyszczkiem i biala prega na rudawym lebku. To ukochany
piesek Metsu - pojawia sie jeszcze na kilkunastu jego obrazach.
Portret Palacza to zapewne obraz szczegolny w znanym nam dorobku
Gabriela Metsu, gdyz, wedle niektorych historykow sztuki, jest jednym
z dwoch tylko zachowanych malowidel z wczesnego okresu tworczosci
(drugim jest "Przadka" namalowana w roku 1645, dawniej
znajdujaca sie w rosyjskim Ermitazu).
Praczke namalowal Metsu pozniej niz Palacza. Badacze dziel Gabriela
Metsu przypuszczaja, ze nalezy ona do dojrzalego okresu jego tworczosci.
Na desce o rozmiarach 23,9 na 21 cm uwiecznil mloda kobiete pioraca
bielizne w drewnianej balii, ustawionej tuz przy niszy obramowanej
kamiennymi plytami. Za Praczka niewyraznie majaczy ciemne wnetrze
izby: szafka, czy moze nieduzy kredens, na nim talerz, obok zarys
obrazu. Na haku wbitym w kamien wisi gliniany dzban na wode z uwiazanym
don sznurem. Namalowany z rzadkim mistrzostwem, dzban ludzi materialnoscia
szkliwa powlekajacego gline. Pod nim, na parapecie, lezy biale plotno,
na nim - misa z rybami.
Bialy czepek okala kragla, mocna twarz z wydatnym nosem. Grube
rysy emanuja akuratna stanowczoscia. Cienie w kacikach oczu zdradzaja,
ze Praczka juz zna madrosc Palacza: zycie to ciezka, nieustanna
walka o przetrwanie, to wiele trosk, nieduzo radosci.
Rece Praczki nie maja fascynujacej zylastosci, gruzlowatosci dloni
Palacza. Mocne, grube, z krotkimi palcami, sa jakby rozmyte. Tak
wygladaja rece rozmiekle, spuchniete od wody, od czestego tarcia
i wykrecania mokrej bielizny. Praczka podwinela rekawy koszuli i
rudawego kaftana. Na czerwonej kamizeli niedbale marszczy sie pomiety
bialy kolnierz koszuli. Zastygla w czasie pracy, zamyslona, troche
nieobecna.
Kiedy Praczka spotkala Palacza? Nie dowiemy sie tego chyba juz
nigdy. Nie wiadomo bowiem, w ktorym roku Gabriel Metsu ja namalowal.
Nie wiadomo, kto kupil od niego Praczke i Palacza, zatem nie wiadomo
tez, czy jeden kupiec nabyl od tworcy oba dziela. Szczesliwie zachowane
dawne archiwa holenderskich galerii obrazow i domow aukcyjnych uchylaja
rabka tajemnicy losow Praczki w polowie XVIII stulecia. 15 lipca
1749 roku na aukcji w Amsterdamie Praczke, znajdujaca sie na liscie
aukcyjnej pod numerem 20., sprzedano nieznanemu kupcowi za 45 florenow.
- Nie bylo to wiele, w XVIII wieku ceny obrazow spadly w porownaniu
z poprzednim wiekiem - mowi Maria Kluk, kustosz galerii malarstwa
obcego Muzeum Narodowego w Warszawie.
Druga wiadomosc o losach Praczki pochodzi takze z holenderskich
archiwow. 25 sierpnia 1773 roku pojawia sie ona pod numerem licytacyjnym
178. na aukcji w Amsterdamie. Nie sama. Pod numerem 179. na liscie
aukcyjnej znajduje sie Palacz. Oba dziela naleza do wyprzedawanej
kolekcji J. van der Marcka.
Nieprzypadkowo maja sasiednie numery licytacyjne. Ktos polaczyl
oba obrazy, traktujac Palacza jako pendant do Praczki.
Polaczyl bezprawnie.
Pendant w sztukach plastycznych to odpowiednik, dzielo sztuki umieszczane
symetrycznie w stosunku do innego dziela, majace identyczne rozmiary,
forme, koloryt. Dwa obrazy stanowiace wzajemne pendant winny sie
ze soba wiazac, stanowic logiczna calosc artystyczna, ideowa, kompozycyjna.
Zwykle pendant przedstawialy alegoryczne przeciwienstwa, czasem
dopelnienia. W XVI, XVII w. w malarstwie europejskim malowano je
dosc czesto. W parach przedstawiano na przyklad wyobrazenia kuchni
tlustej i ubogiej, stara i mloda pare oblubiencow, pejzaz letni
i zimowy, widok dzienny i nocny. Obrazy winny przy tym nawiazywac
do siebie kompozycyjnie. Malzonkowie, choc przedstawieni na oddzielnych
obrazach, powinni byc do siebie zwroceni, ich wzrok winien gdzies
sie spotykac. Gdyby namalowano ich skoncentrowanych wylacznie na
wlasnych osobach, bylyby to tylko dwa portrety, nie zas wzajemne
pendant.
I otoz Palacz nie jest pendant dla Praczki.
- Gdyby Praczke traktowac jako symbol czystosci, pendant do niej
powinien byc portret leniwej, brudnej Wloszki. Byla to wowczas czesta
w sztuce metafora niechlujnosci - mowi Maria Kluk.
Prawdziwym odpowiednikiem Praczki moglby byc na przyklad takze
mezczyzna skrobiacy rybe. W XVII wieku skrobanie ryby bylo zadaniem
czysto meskim. Mialo przy tym oczywisty podtekst erotyczny. Mezczyzna
taki symbolizowalby zatem niezbyt czysta witalnosc natury, Praczka
zas - czystosc moralna, duchowa. Po lewej rece Praczki Gabriel Metsu
wyeksponowal na bialym plotnie mise z ryba, ktora moglaby byc nawiazaniem
do ryby oskrobywanej przez mezczyzne, a przy tym podkreslalaby etyczny
dystans Praczki do duchowej nieczystosci.
Ba, Palacz jednak - zamiast targany nieczystymi chuciami skrobac
rybe - spokojnie, leniwie nawet, popala fajke.
- Polaczenie ich w artystyczna pare bylo czyims naduzyciem - uwaza
pani Kluk.
Nie wiadomo, kto bezprawnie wyswatal te pare. Niemal na pewno stalo
sie to kilkadziesiat lat po namalowaniu obu obrazow. W XVIII wieku
w europejskich salonach powrocila moda na pendant, ale gospodarze
tych salonow nie zawsze juz rozumieli subtelne reguly rzadzace w
poprzednim stuleciu komponowaniem takich par obrazow. Bardzo czesto
wystarczalo, ze dwa dziela wyszly spod pedzla jednego artysty i
mialy takie same rozmiary, by calkiem bez sensu uznawano je za pendant.
Ba, pod koniec XVIII wieku zdarzalo sie, ze rozmaite obrazy tego
samego autora przycinano do jednego rozmiaru, oprawiano w identyczne
ramy i sprzedawano jako pare. Tak barbarzynsko skojarzone malarskie
mezalianse byly drozsze od obu dziel sprzedawanych osobno.
Zapewne wiec ktorys z owczesnych posiadaczy Palacza i Praczki skojarzyl
z nich malarska pare. Byc moze byl to imc van der Marck, a moze
poprzedni wlasciciel. Najpewniej sklonily go do swatow niemal identyczne
rozmiary obu dziel. Tyle tylko, ze rozmiary o niczym wowczas swiadczyc
nie mogly. Deski malarskie wytwarzali wtedy wyspecjalizowani rzemieslnicy,
podlegajacy scislym rygorom cechowym. Dostarczali je malarzom zwykle
w znormalizowanych, standardowych rozmiarach - malym, srednim i
duzym. Deski, na ktorych Metsu namalowal Palacza i Praczke, byly
po prostu typowymi deskami sredniej wielkosci.
Krol Stas chce uciekac z niedobrana para, byla kochanica na to
nie zezwala
Nie wiadomo, kim byl imc Yver, z pochodzenia Flamand lub Holender,
ktory Palacza i Praczke kupil w roku 1773 na aukcji w Amsterdamie.
Najpewniej byl handlarzem dziel sztuki - samodzielnym spekulantem
na miedzynarodowa skale lub agentem wloskiego arystokraty, markiza
Francesco Marii Balbiego. Markiz Balbi w swym genuenskim palacu
przy strada Balbi prowadzil szeroko znana galerie obrazow. W roku
1769 odwiedzil ja August Moszynski i opisal w liscie do krola Stanislawa
Augusta oraz w swoim dzienniku podrozy.
W roku 1774, zatem juz w rok po kupieniu Palacza i Praczki w Amsterdamie
przez Yvera, pare te kupil w Palazzo Balbi polski krol Stanislaw
August.
Krol kupowal podowczas dziela sztuki na znaczna skale, na poly
hurtem, niemal neurotycznie. W gromadzeniu artystycznych skarbow,
w zdobieniu swych rezydencji szukal zapomnienia. To byl fatalny
czas dla krola i dla Rzeczypospolitej. W roku 1773 skonfederowany
sejm ratyfikowal pierwszy rozbior Polski. Po dlugim kluczeniu i
grze na zwloke krol przystapil do konfederacji i rozbior podzyrowal.
Osobe krola otoczyla nieslawa i politowanie. Caryca Katarzyna II
doprowadzila na tymze sejmie do formalnego odebrania krolowi resztek
realnej wladzy: prawa do rozdawnictwa starostw, dozywotnich urzedow
senatorskich i wyzszych szarz wojskowych.
Dla Stanislawa Augusta, niebywalego egocentryka nieustannie mieszajacego
interes panstwa z powierzchownie rozumianym interesem wlasnym, byl
to czas kleski, bezsily, upokorzenia. Krol pocieszal sie, jak potrafil:
nerwowo wypisywal publiczne epistoly w obronie swej osoby i zachlannie
kupowal na Zachodzie dziela sztuki. Obsesyjnie przejety opinia,
jaka po sobie pozostawi potomnym, w obliczu kleski politycznej i
gospodarczej marzyl jeszcze o podniesieniu kultury w Polsce. W tym
celu zamierzal miedzy innymi zgromadzic europejskiej rangi zbiory
sztuki i przekazac je narodowi.
Palacza i Praczke kupil w mylnym przekonaniu, ze stanowia one wzajemne
pendant. Posrednikiem w kupnie obrazow Metsu byl osobnik blizej
nieznany, niejaki starosta Czepielski.
Od Balbiego nabyl poza tym Stanislaw August alegoryczny obraz Ariego
de Vossa i dwa dziela mentora Gabriela Metsu - Gerrita Dou. Procz
obrazow krol zdecydowal sie na kupno u markiza Balbiego szlachetnej
porcelany. Korespondencja dotyczaca zakupow w Palazzo Balbi mowi,
ze krol targowal sie zaciekle. Obok cen proponowanych przez sprzedajacego
dopisywal wlasnorecznie swoje, nizsze. Wymieniano finansowe "noty"
i "contre-noty". Nic w tym dziwnego. Rozbior Polski zrujnowal
takze i krola. W liscie do gen. Moneta Stanislaw August pisal: "Austriacy
zajeli moje zupy solne [w Wieliczce - przyp. W.K.] i dochody z powiatu
krakowskiego. Cla z Gdanska zmniejsza sie niebawem; cla z Wielkopolski
i moje ekonomie w Prusach Krolewskich sa w reku krola pruskiego;
trzy armie rujnuja moje posiadlosci".
Po kilku miesiacach korespondencyjnych targow w koncu, 3 grudnia
1774 roku, bankier Piotr Blanc wystawil w imieniu krola rachunek
na obrazy i porcelane ze zbiorow markiza Balbiego.
Palacz i Praczka trafili do krolewskich zbiorow na Zamku w Warszawie.
Dwadziescia lat pozniej bylo juz po wszystkim. Trzeci rozbior oznaczal
koniec Polski i koniec jej krola. Przymuszony przez Moskwe, o 10
rano 7 stycznia 1795 roku wyjechal Stanislaw August z Warszawy do
Grodna. Do Warszawy juz nigdy nie powrocil. W Grodnie 25 listopada
1795 roku przelknac mial jeszcze upokorzenie abdykacji. Nic juz
wtedy nie pozostalo z dawnych marzen krola o oswieceniu narodu za
pomoca wielkiej kolekcji dziel sztuki. Stanislaw August uznal Polakow
za nacje skazana na zaglade. Sam troszczyl sie juz tylko o pieniadze.
Wedle konwencji rozbiorowej, krol mial swobode w dysponowaniu swym
majatkiem prywatnym, zarowno nieruchomosciami, jak i dobrami ruchomymi.
Wladze pruskie, ktorym przypadla Warszawa, uznaly jednak, ze cale
wyposazenie zamku jest ich wlasnoscia. Przebywajacy juz w Grodnie
Stanislaw August po wielu zabiegach uzyskal w koncu od wladcow rozbiorowych
zgode na sprzedaz swych kolekcji znajdujacych sie na zamku. Ciagle
ludzil sie, ze Katarzyna II zezwoli mu ostatecznie na emigracje.
Podpisujac akt swej abdykacji, dolaczyl don memorial do carycy,
w ktorym prosil o zgode na wyjazd do Karlsbadu. Pozniej marzyl o
zamieszkaniu w polnocnych Wloszech, skad planowal czynic wycieczki
w Alpy, to znow zastanawial sie nad urokami Rzymu.
Za co jednak zyc w uroczych Wloszech? Krol przywykl do zycia na
wysokiej stopie, co wiecej, swoim slugom i stronnikom zwykl lekka
reka przyznawac olbrzymie apanaze. Wyjezdzajac pod przymusem do
Grodna, pozostawil gigantyczne dlugi przekraczajace 40 mln owczesnych
zlotych polskich (czyli 2 mln 222 tys. dukatow).
Stanislaw August postanowil wiec potajemnie wywiezc do Wloch najlepsze
dziela ze swej kolekcji. Zamierzal utrzymywac sie z ich wyprzedazy.
14 listopada 1795 roku przeslal z Grodna do swego bylego nadwornego
malarza, dyrektora krolewskich zbiorow, Marcelego Bacciarellego,
polecenie potajemnego wybrania najlepszych obrazow z galerii na
zamku, takze portretow rodzinnych oraz innych wladcow. Zawsze wierny
Bacciarelli skrycie wybral 172 najcenniejsze obrazy, o lacznej wartosci,
jak oszacowal, 13 045 dukatow. Byl to podowczas calkiem spory majatek.
Bacciarelli zapakowal najcenniejsze dziela do 13 skrzyn, ktore
noca ukryl w wielkiej kaplicy Zamku Krolewskiego. Wsrod dwoch setek
arcydziel wielkich mistrzow niderlandzkich z Rubensem na czele i
mistrzow wloskich z Veronesem, w skrzyniach ukrytych w kaplicy spoczal
slawny "Lisowczyk" Rembrandta (po latach trafi w rece
Tarnowskich, zas w roku 1903, mimo protestow swiatlych Polakow,
hr. Tarnowski sprzeda go do amerykanskiej kolekcji Fricka).
Obok "Lisowczyka" spoczela para: Praczka i Palacz.
Nie wiemy, dlaczego Marceli Bacciarelli, subtelny mistrz pedzla,
a przy tym znawca i smakosz malarstwa, wybral tylko te obrazy Metsu
do ucieczki wraz z ekskrolem za granice. Zapewne nie bez znaczenia
bylo to, ze oba dziela mialy niewielkie rozmiary, a przy tym namalowane
na desce dobrze nadawaly sie do dalekiej podrozy w trudnych warunkach.
Ale przeciez w zbiorach zamkowych znajdowal sie i inny obraz Gabriela
Metsu namalowany na debowej desce, wiekszy jedynie o dwa cale: portret
kobiety, w sukni koloru orzechowego, obramowanej czarna koronka,
opartej o balustrade i trzymajacej roze. Juz wtedy okreslano go
jako "dzielo wykonczone z najwyzsza delikatnoscia".
W marcu lub w kwietniu 1796 roku Bacciarelli potajemnie przewozi
13 skrzyn z kaplicy zamkowej do Lazienek. Ukrywa je w szopie, w
ktorej chowano lodzie, zwane wowczas batami (od francuskiego bateaux).
W lepszych czasach goscie krola odbywali nimi przejazdzki po stawie
i lazienkowskim kanale.
W poufnym liscie z 30 grudnia 1796 roku, pisanym rzecz jasna po
francusku, Stanislaw August poleca Bacciarellemu w calkowitej tajemnicy
dolaczyc do ukrywanych dziel kolejne kilkanascie obrazow. Ostatecznie
opieke nad skrzyniami z arcydzielami Stanislaw August powierza swemu
kamerdynerowi, Franciszkowi Ryxowi. Na znak dany przez bylego krola
Ryx mial wyslac skrzynie w umowione miejsce.
Byly to wszystko tylko rojenia eksmonarchy, ktory zupelnie stracil
wyczucie politycznych realiow. Stanislaw August bylby za granica
wielkim zagrozeniem dla Katarzyny II; nieustajacym przypomnieniem,
ze zaborczy wladcy pogwalcili fundamentalna zasade europejskiego
ladu - nienaruszalnosc starego porzadku dynastycznego.
Stanislaw August musial pozostac w Rosji.
Palacz i Praczka zas pozostali w Lazienkach.
Nadal spoczywali w jednej z trzynastu skrzyn ukrytych pod lodziami
w lazienkowskiej szopie. To uchronilo zacna pare przed roztrwonieniem
przez Stanislawa Augusta. Faktycznie uwieziony w Grodnie, za nic
prawie mial juz swe warszawskie zbiory. Korespondencyjnie rozdawal
dziela wielkiej wartosci, czesto nie dbajac nawet o powiadomienie
zarzadzajacych galeria. 12 lutego 1797 roku na przyklad Stanislaw
August poleca Bacciarellemu, by wraz ze starosta Walentym Sobolewskim
obejrzal zbiory malarstwa w galerii i w Belwederze. Starosta w swoim
czasie pozalil sie krolowi, ze w czasie wojny 1794 roku stracil
kilka obrazow, i Stanislaw August po prostu polecil Bacciarellemu,
by wydal Sobolewskiemu wszystkie dziela, ktore przypadna mu do gustu.
W takim stylu Stanislaw August szybko rozdal 180 dziel ze swej
kolekcji. Palacza i Praczki wsrod nich na szczescie nie bylo.
Oba dziela Metsu nie znalazly sie takze posrod kilkudziesieciu
obrazow z warszawskich zbiorow, ktore ekskrol, gdy tylko zrozumial,
ze zywota dokona w Rosji, z pomoca Bacciarellego sciagnal do Petersburga.
Wiek-szosc z tych dziel marny spotkal los. Stanislaw August rozdawal
arcydziela na lewo i prawo, wreczal je swym slugom i carskim notablom,
od ktorych zalezaly drobne przywileje dla bylego polskiego monarchy.
Nigdy juz obrazy te nie wrocily do polskich zbiorow.
Ksiaze Jozef skacze do Elstery, Praczka z Palaczem pozostaja w
Warszawie
Za zycia wygnanego Stanislawa Augusta trzynascie skrzyn z obrazami
spoczywalo w szopie na baty. Szczesliwie nie dobrali sie do nich
pruscy urzednicy i zoldacy, ktorzy pod koniec lat 90. urzadzali
sobie w krolewskich Lazienkach uczty i pikniki. W wymuskanym krolewskim
parku plonely ogniska, z okien palacykow niosly sie pijackie wrzaski.
Bezradny Bacciarelli tylko zalamywal rece. Po smierci Stanislawa
Augusta (12 lutego 1798 roku) jego warszawskie dobra odziedziczyl
krolewski bratanek, ksiaze Jozef Poniatowski.
Krol pozostawil swe sprawy majatkowe w straszliwym balaganie. Nie
raczyl nawet sporzadzic testamentu. Ksiaze Jozef w trosce o ratowanie
resztek dobrego imienia stryja podjal sie splaty jego dlugow. Trzystu
wierzycieli Stanislawa Augusta domagalo sie wyplaty ponad polowy
miliona dukatow. Pruskie wladze na poczet zaleglosci podatkowych
zagarnely krolewska kolekcje mineralow. W apartamentach Zamku Krolewskiego
Prusacy urzadzili piwiarnie wyposazona w przedmioty z kolekcji Stanislawa
Augusta. W ten sposob usilowali wydusic oplaty podatkowe.
Najlepszych krolewskich obrazow pruscy okupanci na szczescie nie
zarekwirowali.
Skrzynie ukryte w szopie otwarto 11 marca 1799 r., w rok po smierci
Stanislawa Augusta. Jego wierzyciele zglaszaja sie teraz do ksiecia
Jozefa. Ten zas pod przymusem goraczkowo wyprzedaje zbiory ostatniego
krola. Tadeusz Czacki, tworca Liceum Krzemienieckiego, kupuje na
przyklad krolewska biblioteke, kolekcje medali i gabinet przyrodniczy
Stanislawa Augusta. Pojedynczo wyprzedawane sa grafiki, obrazy,
rzezby.
Palacz i Praczka, ciagle razem, pozostaja w lazienkowskich zbiorach.
Dobra po ostatnim wodzu armii Ksiestwa Warszawskiego, ksieciu Jozefie
Poniatowskim, odziedziczyla jego siostra, Teresa Tyszkiewiczowa.
Do zbiorow krolewskich wielkiego sentymentu nie miala. W roku 1817
sprzedala Lazienki ze wszystkimi ruchomosciami carowi Aleksandrowi
I.
Palacz i Praczka szczesliwie przetrwali dziejowe burze powstania
kosciuszkowskiego, wzlot i upadek Ksiestwa Warszawskiego. Po powstaniu
listopadowym Rosjanie wywiezli na wschod wiele polskich bibliotek,
archiwow oraz dziel sztuki nalezacych do wyposazenia Zamku Krolewskiego,
Belwederu i Lazienek. Palacz i Praczka szczesliwie unikneli wywozki.
Sporzadzony w roku 1851 przez Kaniewskiego katalog dziel znajdujacych
sie w Lazienkach wymienia oba dziela. Znajdowaly sie w Galerii Polnocnej
palacu.
Rosyjski "Katalog obrazow znajdujacych sie w carskim lazienkowskim
palacu w Warszawie" autorstwa Somowa z roku 1895 takze wymienia
Praczke i Palacza.
W roku 1915 wycofujacy sie Rosjanie wywiezli wyposazenie Lazienek
i Zamku Krolewskiego do Moskwy i Petersburga. Czesc wywiezionych
dziel zwrocono Polsce po podpisaniu traktatu ryskiego. W polskim
katalogu obrazow w Lazienkach sporzadzonym w 1922 roku znajduja
sie znow oba dziela.
Caly czas traktowane byly one jako pendant i eksponowane lacznie.
W II Rzeczypospolitej palac w Lazienkach, wraz z Belwederem i Zamkiem
Krolewskim, nalezal do instytucji rzadowych. Piecze nad zgromadzonymi
tam zbiorami sprawowaly Panstwowe Zbiory Sztuki.
Praczke podsuwaja Hitlerowi, Palacza zamykaja w lochach
We wrzesniu 1939 roku zbiory ze zbombardowanego Zamku Krolewskiego
i z Lazienek przeniesiono do podziemi gmachu Muzeum Narodowego.
Palacz i Praczka w dobrym stanie trafili do magazynu muzeum. Juz
jednak w kilkanascie dni po kapitulacji Warszawy pojawila sie w
Muzeum Narodowym ekipa hitlerowskich rabusiow dziel sztuki, kierowana
przez prof. Dagoberta Freya z uniwersytetu we Wroclawiu.
Dyrektor Stanislaw Lorentz zanotowal: "Dobry moj przedwojenny
znajomy, ktorego przyjmowalem w Wilnie, a potem w Warszawie, z ktorym
odbywalem wspolne wycieczki na Miedzynarodowym Kongresie Historii
Sztuki w Anglii w lecie 1939 roku, prof. dr Dagobert Frey, w pazdzierniku
1939 roku zjawil sie w muzeum u mnie wraz z gestapo ze swym wiedenskim
kolega, dr. Josefem Muehlmannem. Wedlug swych przedwojennych notatek
wskazywal najcenniejsze przedmioty do natychmiastowego wywozu".
W notatkach tych profesor Frey mial zapisana Praczke.
A Palacza?
Byc moze tez, lecz pewnosci co do tego nie ma.
Wkrotce bowiem po lustracji zbiorow znajdujacych sie w gmachu Muzeum
Narodowego Praczka zostala wraz z najcenniejszymi dzielami z Muzeum
i innych zbiorow warszawskich wywieziona do Krakowa, do nowego gmachu
Biblioteki Jagiellonskiej. Na poczatku roku 1940 niemieccy historycy
sztuki urzadzili tam dla okupacyjnych wladz wielki pokaz najlepszych
dziel zrabowanych z polskich zbiorow. Wtedy tez przeprowadzono ich
selekcje. 521 najcenniejszych obrazow, rzezb, monet i skarbow rzemiosla
artystycznego sfotografowano i opisano w "Sichergestellte Kunstwerke
im General Gouvernement" - katalogu dziel sztuki "zabezpieczonych"
w Generalnym Gubernatorstwie. Katalog luksusowo wydalo wroclawskie
wydawnictwo Wilhelma Gottlieba Kora prawdopodobnie latem 1940 roku,
w nakladzie kilkudziesieciu egzemplarzy.
Pod numerem 72. figuruje w nim Praczka. Palacza nie ma.
Nie jest to jednak dowod, ze nie mial go w swym notesie prof. Dagobert
Frey. Nieobecnosc Palacza w hitlerowskim katalogu nie oznacza takze,
ze nie wywieziono go jesienia 1939 roku do Krakowa. Znalazlo sie
tam wszak wiele zrabowanych dziel, ktore do katalogu "Sichergestellte
Kunstwerke" nie trafily. Hitlerowscy historycy sztuki uznali,
ze walory Palacza nie dorownuja urokom Praczki.
We wstepie do katalogu jego autorzy argumentowali, ze na ziemiach
polskich wartosciowa sztuka zawsze byla jedynie sztuka niemiecka.
Dowodem, wedle nich, byly zrabowane z polskich kolekcji obrazy starych
mistrzow niderlandzkich, w tym takze i - Praczka: "Zbedne zdaje
sie mowienie o samodzielnym rozwoju polskiej kultury w epokach historycznych.
Istnieje tworczosc o cechach niemieckich, wystepuja dziela holenderskie
lub flamandzkie, ktore w swym duchu i charakterze nie wyrazaja nic
innego, jak tylko niemiecka istote i sile niemieckiej kultury".
SS-Oberfuehrer Kai Muehlmann, specjalny pelnomocnik do zabezpieczenia
dziel sztuki i dobr kultury w Generalnym Gubernatorstwie (a prywatnie
brat dr. Josepha Muehlmanna, ktory w 1939 r. wraz z prof. Freyem
polecil wywiezc Praczke z Muzeum Narodowego), w roku 1940 wreczyl
katalog Hitlerowi. Ksiega miala ulatwic fuehrerowi i jego doradcom
wybranie najlepszych arcydziel z polskich zbiorow do projektowanego
przez Hitlera najwiekszego w Europie muzeum w jego rodzinnym Linzu.
Praczka jednak do Linzu nie pojechala, podobnie jak obecne w "Sichergestellte
Kunstwerke" obrazy Rafaela, Rembrandta i Leonarda da Vinci
z kolekcji ksiazat Czartoryskich. Prezentacja w Berlinie katalogu
sztuki zagrabionej w Polsce zbiegla sie w czasie z pokonaniem Francji,
Holandii i Belgii. W tamtejszych muzeach Niemcy spodziewali sie
znalezc lupy nieporownanie bogatsze. Polskie skarby Berlin pozostawil
do dyspozycji generalnego gubernatora Hansa Franka.
Praczka i Palacz spedzili okupacje na Wawelu. Palacz pojawil sie
w utworzonych na zamku magazynach sztuki zrabowanej z polskich zbiorow
- byc moze juz jesienia 1939 roku, najpozniej zas w drugim roku
okupacji. Po wojnie wszelki slad po obojgu zaginal.
Poszukiwania prowadzone az do konca lat 40. przez polskie misje
rewindykacyjne w niemieckich strefach okupacyjnych i w Austrii nie
przyniosly rezultatu. W wydanym w roku 1949 katalogu dobr kultury
utraconych w czasie wojny prof. Wladyslaw Tomkiewicz wymienia Palacza
i Praczke jako zaginionych.
Ojciec zamyka Palacza w skrytce, corka go uwalnia
25 pazdziernika 1971 roku w gabinecie dyrektora Muzeum Narodowego
Stanislawa Lorentza pojawil sie elegancki, starszy pan. Nie wiemy,
jak przebiegla jego rozmowa z dyrektorem Lorentzem. W papierach
muzeum pozostala po niej sluzbowa notatka dyrektora:
"Protokol III - 423/71 z dnia 25 X 1971 r.
Rzeczoznawca DESY p. Zbigniew Macierewicz przekazal 4 obiekty,
na prosbe osob, ktore je uratowaly i przechowaly:
1/ nasladowca H. BOSCHA, "Zstapienie do otchlani", deska,
olej [...],
2/ Pieter Cornelisz SLINGELANDT, "Portret mlodej damy",
1676, sygnowany, deska, olej [...],
3/ Gabriel METSU (?) "Palacz fajki", 1662, sygnowany,
deska, olej [...],
4/ Przybornik rokokowy z dewizka".
Wszystkie cztery dziela, opisane w notatce dyr. Lorentza, zostaly
wywiezione przez Niemcow w czasie okupacji i odtad sluch o nich
zaginal.
Przekazanie ich do muzeum w roku 1971 z cala pewnoscia odbylo sie
w cztery oczy, bez swiadkow.
- Pamietam, ze kiedy przyszlam do pracy w muzeum, cudowne "Zstapienie
do otchlani" lezalo u nas w dziale w komodzie, na dnie bardzo
glebokiej szuflady - mowi Anna Tyczynska, szefowa magazynu malarstwa
Muzeum Narodowego.
Rowniez przesliczny portret mlodej damy pedzla Slingelandta trafil
w zakamarki muzealnych magazynow. Palacz - takze.
"Zstapienie do otchlani" lezalo w ukryciu piec lat. Do
galerii dla zwiedzajacych przekazane zostalo dopiero 14 pazdziernika
1977 roku.
Stanislaw Lorentz nie zyje. Nie zyje takze Zbigniew Macierewicz,
wieloletni kierownik warszawskiego sklepu Desy przy pl. Konstytucji,
rzeczoznawca stolecznej Desy, osoba znana i szanowana przez kolekcjonerow
w Warszawie. Nie zachowaly sie zadne dokumenty - oprocz suchej,
sluzbowej notatki - dotyczace ich spotkania. A jednak ktos pamieta
okolicznosci rozmowy jesienia 1971 roku.
- Balam sie, ze maz wpadnie w klopoty w zwiazku z tymi obrazami
- opowiada Jadwiga Macierewicz, wdowa po Zbigniewie Macierewiczu.
Przed trzydziestu laty panstwo Macierewiczowie odwiedzili w Krakowie
Slawe Szyszko-Bohusz, cioteczna siostre Jadwigi Macierewicz, corke
prof. Adolfa Szyszko-Bohusza. Po smierci profesora i jego zony pozostala
w dwupokojowym mieszkaniu sluzbowym ojca na Wawelu, w gmachu starych
koszar austriackich. Wawelska administracja coraz czesciej jednak
przypominala o koniecznosci zwolnienia mieszkania sluzbowego. Przygotowujac
do wywiezienia meble odziedziczone po rodzicach, Slawa Szyszko-Bohusz
odkryla w wielkim debowym biurku ojca tajna skrytke. Schowane byly
w niej niewielkie obrazy i jakis piekny przedmiot artystyczny.
Zaskoczona Slawa Szyszko-Bohusz poprosila o pomoc jedyna osobe,
ktorej wiedzy, zyciowemu doswiadczeniu i lojalnosci mogla zaufac.
Zbigniew Macierewicz przede wszystkim dyskretnie sprawdzil, czy
dziela sztuki nie sa kradzione. Byly! W czasie okupacji Niemcy zrabowali
je ze zbiorow Muzeum Narodowego.
- Maz zdecydowal, ze trzeba je oddac do muzeum, ale troche sie
tego bal - wspomina pani Macierewicz. Od roku rzadzila Polska ekipa
Edwarda Gierka, jednak w pamieci wszyscy mieli jeszcze duszne czasy
Gomulki, kiedy kazdy posiadacz willi, wiekszej gotowki lub cennych
dziel sztuki byl potencjalnym podejrzanym.
- Owczesna Sluzba Bezpieczenstwa mogla prawie wszystko. Przeciez
oni mogliby oskarzyc Slawe o kradziez obrazow z muzeum, a meza o
paserstwo, i w tamtych czasach nie mozna by sie obronic - uwaza
pani Macierewicz.
Na szczescie Zbigniew Macierewicz bardzo dobrze znal dyrektora
Muzeum Narodowego Stanislawa Lorentza. Niewatpliwie dyrektor Lorentz
obiecal mu, ze zwrot obrazow zachowa przez kilka lat w tajemnicy,
zas nazwisko Slawy Szyszko-Bohusz nie pojawi sie nawet w wewnetrznej
dokumentacji muzeum. Slowa dotrzymal.
- O ile pamietam, byly tam co najmniej dwa obrazy namalowane na
deskach. Jeden z nich byl bardzo maly, niewiele wiekszy od dloni,
przedstawial kompozycje kilku, moze kilkunastu postaci. Oprawiony
byl w bardzo gruba, gladka rame bez ozdob, jasnego koloru, mozliwe,
ze z kosci sloniowej. To byla bardzo charakterystyczna rama, jej
grubosc odpowiadala mniej wiecej szerokosci obrazu - mowi pani Macierewicz.
"Zstapienie do otchlani" Jana Mandyna ma rozmiary 13,7
na 10,4 cm, zatem odpowiadajace wielkosci przecietnej dloni. Obraz
oprawiony jest w bardzo gruba, gladka drewniana rame - jej grubosc
odpowiada szerokosci obrazu.
Dwa tygodnie pozniej pokazuje Jadwidze Macierewicz kolorowe fotografie
wszystkich czterech dziel sztuki przekazanych przez jej meza dyrektorowi
Lorentzowi.
- Tak, to ten przedmiot - mowi pani Macierewicz na widok zloconego,
rokokowego przybornika dla eleganckich dam.
Portretu mlodej damy pedzla Slingelandta nie moze sobie jednak
przypomniec. Ale Palacza - tak.
- Jak przez mgle, ale ten portret jednak pamietam - mowi.
Doskonale natomiast zapamietala miniaturowe arcydzielo Jana Mandyna.
- Tak, tak, tak! Pamietam jak dzis meza trzymajacego w reku ten
obraz - cieszy sie pani Macierewicz.
Drewniana rama obrazu Jana Mandyna jest rownie szeroka jak sam
obraz. Ba, nie zgadza sie jednak kolor ramy. Jadwiga Macierewicz
zapamietala, ze rama byla jasna, byc moze zblizona barwa do kosci
sloniowej. Tymczasem dzis oprawa ma kolor bardzo ciemnego drewna.
Watpliwosci rozwiewaja ogledziny obrazu przez specjalistke.
W szczelinach dolnej krawedzi drewnianej ramy "Zstapienia
do otchlani" znajduje ona ledwo dostrzegalne slady szlakmetalu,
stopu miedzi i cynku uzywanego ongis zamiast drogiego zlota. Ekspertka
trafia takze na mikroskopijne plamki lekko barwionego lakieru. Dostrzega
w nich drobiny czerwonego i zielonego barwnika. Calkiem prawdopodobne
zatem wydaje sie przypuszczenie, ze Jadwiga Macierewicz widziala
wczesniej rame pokryta szlakmetalem, na ktory nalozono laserunek
z barwionego lakieru - jasna, w kolorze zlota przelamanego z koscia
sloniowa. Po powrocie obrazu Mandyna do Muzeum Narodowego jego rame
oczyszczono z warstwy szlakmetalu. Dlaczego? Ciemny kolor ramy znacznie
lepiej odpowiada tonacji obrazu.
Nie ma wiec watpliwosci - w pazdzierniku 1971 roku Palacz w towarzystwie
dwoch malych niderlandzkich arcydziel i rokokowego, damskiego przybornika
wrocil do gmachu Muzeum Narodowego.
Skad jednak wzial sie w tajemnym schowku w biurku prof. Szyszko-Bohusza?
Smok Wawelski ma dostac centralne ogrzewanie, ale profesor plan
ten udaremnia
Adolf Szyszko-Bohusz trafil na Wawel w roku 1916, prosto z Legionow
Polskich (walczyl jako ochotnik w 6. pulku piechoty). Od tego czasu
przez trzydziesci lat byl dyrektorem Kierownictwa Odnowienia Zamku
Krolewskiego na Wawelu. Juz w roku 1917 w trakcie prac archeologicznych
odkryl rotunde sw. Feliksa i Adaukta z X w., pozniej zas miedzy
innymi relikty pierwszej katedry krakowskiej fundacji Boleslawa
Chrobrego, relikty katedry fundacji Wladyslawa Hermana, grob biskupa
Maura w krypcie sw. Leonarda. W ciagu dwudziestu miedzywojennych
lat prof. Szyszko-Bohusz odbudowal i przebudowal ruine bez stropow,
okien i drzwi, jaka byl Wawel zamieniony na austriackie koszary,
i odtworzyl wielka krolewska rezydencje. Wobec mizerii skarbu odrodzonej
Rzeczypospolitej Szyszko-Bohusz wymyslil i zorganizowal akcje cegielkowa:
kazdy, kto sfinansowal jeden dzien prac rewaloryzacyjnych na zamku,
mial prawo do umieszczenia kamiennej cegly ze swym nazwiskiem w
murach okalajacych Wawel. Wplywy ze skladek pozwolily sfinansowac
powazna czesc dziela odbudowy.
Ale dzielo to nie wszystkim krakusom sie podobalo; wielu historykow
i architektow uwazalo, ze prof. Szyszko-Bohusz za nic ma szacunek
dla historycznych wnetrz i na sile forsuje wlasne, autorskie wizje
plastyczne. Oburzano sie, ze artystom wspolczesnym - Adwentowiczowi,
Pronaszce, Waliszewskiemu, Jaremie, Kowarskiemu - zlecil namalowanie
nowych plafonow w historycznych wnetrzach wawelskich.
- Zaproszenie ich do dekorowania historycznych wnetrz bylo sprzeczne
z zasadami sztuki konserwatorskiej, owczesnymi, a i dzisiejszymi
takze, to byl wtedy wielki skandal - mowi wicedyrektor Zamku Krolewskiego
na Wawelu Jerzy Petrus.
Dzis jednak dyr. Petrus niesklonny bylby plafony miedzywojennych
malarzy usuwac.
- Pierwszy raz ogladalem Wawel z tymi plafonami i innego Wawelu
nie znam, zzylem sie z zamkiem takim, jaki jest - mowi.
Profesor Szyszko-Bohusz zrazil sobie takze pracownikow Wawelu.
- Byl wielka osobowoscia, czlowiekiem w pracy szalenie despotycznym,
cholerykiem wrecz - mowi dyr. Petrus. - Nieustannie popadal w konflikty
z dyrektorami Panstwowych Zbiorow Sztuki na Wawelu. Wtracal sie
w kwestie nielezace w jego kompetencjach: zakupu dziel sztuki, sposobu
eksponowania zbiorow.
Ludzie niechetni mu mogli tylko zgrzytac zebami. Adolf Szyszko-Bohusz
byl bowiem czlowiekiem bardzo ustosunkowanym. Przyjaznil sie z prezydentem
Moscickim, podtrzymywal bliskie znajomosci z kolejnymi premierami
miedzywojennej Rzeczypospolitej.
W krakowskim towarzystwie nie lubiano go z jeszcze jednego, specyficznie
lokalnego powodu. Adolf Szyszko-Bohusz nie urodzil sie w Krakowie,
wiec jakimze to prawem zajmuje sie odbudowa i renowacja Wawelu?
Pod koniec lat 30. w salonach Krakowa szeptano, ze Szyszko-Bohuszowi
zupelnie przewrocilo sie w glowie; w krakowskich Przegorzalach zbudowal
sobie potezna wille w stylu gotyckiego zamku!
Profesora Szyszko-Bohusza krytyka i jawna niechec czesci krakowskich
salonow niewiele obchodzila.
Bedac bardzo sprawnym, przewidujacym administratorem, juz w maju
1939 r. wystapil o 5 tys. zlotych kredytu na zabezpieczenie zbiorow
wawelskich na czas wojny. W Kancelarii Cywilnej Prezydenta i w MSW
wysmiano go - wojny wszak nie bedzie!
W sierpniu 1939 roku uwazal, ze ewakuacja zbiorow zaszkodzi dzielom
sztuki, przeglosowany jednak przez szefa zbiorow i administratora
Wawelu, z cala energia organizowal ucieczke wawelskich arcydziel.
Na wlasna reke polecil kosztem 2,5 tys. zlotych, potajemnie wyciagnietych
z budzetu zamku wawelskiego, wykonac wielkie cylindryczne futeraly
z blachy cynkowej na arrasy i stalowe skrzynie na precjoza ze skarbca.
Zabezpieczone tymi opakowaniami, szczesliwie i bez uszkodzen skarby
dotarly do Rumunii, potem do Francji, a wreszcie do Kanady.
Na poczatku pazdziernika 1939 roku na Wawelu zjawil sie jak zly
duch dr Josef Muehlmann. Zapowiedzial, ze wkrotce rozpocznie sie
gigantyczna przebudowa Wawelu na stala siedzibe generalnego gubernatora
i czasowa rezydencje Hitlera. Kierownikiem inwestycji mial byc Niemiec,
ale Muehlmann zaproponowal prof. Szyszko-Bohuszowi, jako fachowcowi
znajacemu kazdy wawelski zakamarek, prace przy przebudowie. Po tej
rozmowie Josef Muehlmann niezwlocznie pojechal do Warszawy, by przeprowadzic
rabunek stolecznych dziel sztuki, w tym takze - Praczki i Palacza.
Profesor Szyszko-Bohusz za rada prezesa Akademii Umiejetnosci prof.
Stanislawa Kutrzeby zgodzil sie pracowac na Wawelu jako kreslarz.
Choc Niemcy wyrzucili go ze sluzbowego mieszkania na zamku, mial
zamiar dyskretnie chronic wawelskie wzgorze. I ochronil je. Skutecznie
wysmiewal i sabotowal barbarzynskie pomysly swego niemieckiego szefa,
w rodzaju budowy centralnej kotlowni dla zamku w Smoczej Jamie (wielki
komin mial byc wyprowadzony przez srodek Wiezy Zlodziejskiej!).
Udalo mu sie zdjac z bramy wjazdowej piastowska tarcze z orlem z
roku 1370 i zamurowac ja w schodach mieszkania niemieckiego zarzadcy
Wawelu, Paula Buchnera.
Przeznaczona na zniszczenie - ocalala.
W lutym 1942 roku prof. Szyszko-Bohusz zorganizowal konspiracyjny
Komitet Wawelski, ktory mial przede wszystkim dokumentowac zniszczenia
i rabunki okupanta na zamku.
Zagrozenie pojawilo sie ze strony najmniej oczekiwanej. Szef dystryktu
krakowskiego w Generalnym Gubernatorstwie Otto Waechter urzedowal
w Palacu pod Baranami, ale z powodow prestizowych chcial koniecznie
zamieszkac na Wawelu. Zaczal nawet przebudowywac dla siebie budynek
Muzeum Diecezjalnego. W tym czasie jego prymitywna i chciwa zona
usilowala wyszabrowac ze zbiorow krakowskich dziela sztuki do swej
przyszlej wawelskiej rezydencji. Pod czujnym okiem gubernatora Hansa
Franka szlo jej to niesporo, wiec zazadala od prof. Szyszko-Bohusza,
by pojechal z nia do Warszawy pomagac w grabieniu tamtejszych zbiorow.
Profesor odmowil. Frau Waechter pojechala sama. W Warszawie wskorala
niewiele, wiec - wsciekla - wymusila na mezu aresztowanie Szyszko-Bohusza.
Z celi gestapo wyciagnal jednak profesora hitlerowski zarzadca Wawelu
Paul Buchner, ktory potrzebowal go jako fachowca.
Waechter zemscil sie na profesorze inaczej - zajal na letnia rezydencje
jego zameczek w Przegorzalach.
Adolf Szyszko-Bohusz utrzymal sie jakos na zamku do ostatnich godzin
okupacji. Patrzyl, jak niemieccy dygnitarze pospiesznie sortuja
zwiezione na Wawel zrabowane dziela sztuki, jak pakuja je na kolejne
ciezarowki. Gdzies w tych stosach obrazow i rzezb lezeli Praczka
i Palacz. Najpewniej korzystajac z nieuwagi wartownikow, prof. Szyszko-Bohusz
wyciagnal i schowal Palacza, dwa inne, male obrazy i rokokowy przybornik.
Uchronil je od losu Praczki, ktora w zamecie ewakuacji zniknela.
Dlaczego jednak prof. Adolf Szyszko-Bohusz nie zwrocil czterech
uratowanych arcydziel Muzeum Narodowemu?
Ostatni swiadek tamtych zdarzen, corka profesora - Slawa Szyszko-Bohusz-Celewiczowa,
zmarla przed rokiem. Mozna wiec tylko przypuszczac, ze przez pierwsze
miesiace po wyzwoleniu profesor nie spieszyl sie z oddawaniem dziel
do muzeum, gdyz chcial sie rozejrzec w nowej sytuacji politycznej.
Sowieckie komendantury wojskowe w Polsce "zabezpieczaly"
instalacje przemyslowe, zboze, bydlo, wegiel ze slaskich kopaln.
Rozsadniej bylo poczekac ze zwrotem ocalonych dziel, bo a nuz Sowieci
"zabezpiecza" i zbiory muzealne?
W roku 1946 powody, dla ktorych prof. Szyszko-Bohusz nie oddaje
uratowanych dziel, sa klarowniejsze. Wille-zameczek w Przegorzalach
- zabrana mu przez Otto Waechtera z zemsty za odmowe pomocy w rabowaniu
polskich zbiorow - nowe polskie wladze zabieraja jako "mienie
poniemieckie". Protesty i petycje profesora nie zdaja sie na
nic. Wyslannik Ministerstwa Kultury 26 lipca 1946 roku niespodziewanie
przywozi na Wawel oficjalne oskarzenie profesora o kolaboracje z
Niemcami. Szyszko-Bohusz ma w ciagu trzech dni zdac swe obowiazki
szefa odbudowy Wawelu i znow opuscic sluzbowe mieszkanie.
Pamietajacy okupacje robotnicy organizuja strajk w obronie swego
szefa. Szyszko-Bohusza oskarzaja o kolaboracje krakowskie gazety
i srodowiska, ktore juz przed wojna go krytykowaly.
Przed komisja weryfikacyjna we wrzesniu 1946 roku Szyszko-Bohusza
bronia koledzy z okupacyjnej konspiracji Stronnictwa Demokratycznego
(zaswiadczaja, ze wspolpracowal z ich wywiadem), bezpardonowo atakuje
zas przedstawiciel Ministerstwa Kultury - przedwojenny dyrektor
Muzeum Narodowego, wowczas dyrektor Naczelnej Dyrekcji Muzeow i
Ochrony Zabytkow, Stanislaw Lorentz.
W koncu profesor zostaje uwolniony od zarzutu kolaboracji, ale
traci stanowisko szefa odbudowy zamku wawelskiego.
Rok pozniej nieoczekiwanie ofiaruje mu pomocna dlon Boleslaw Bierut.
Komunistyczny prezydent mianuje profesora swoim "rzeczoznawca
dla spraw Wawelu". Profesor ma opiniowac dzialalnosc kierownictwa
odbudowy zamku, przy tym zachowuje prawo do mieszkania sluzbowego
na Wawelu. Dzis mozemy tylko domyslac sie powodow laskawosci Bieruta.
Zapewne chcial rozgoryczonego, skonfliktowanego z krakowskim srodowiskiem
muzealnikow i architektow profesora wykorzystac w rozgrywkach politycznych.
Chybione to byly kalkulacje. Ciezko chory na serce prof. Szyszko-Bohusz
zaniechal wszelkiej dzialalnosci.
W tym czasie prof. Szyszko-Bohusz przekazuje Glownej Komisji Badania
Zbrodni Hitlerowskich spisane przez siebie listy dziel sztuki wywiezionych
przez Niemcow z Wawelu. Ulatwilo to rewindykacje wiekszosci z nich.
Nadal jednak ukrywa Palacza i inne dziela.
Gdyby mial je teraz zwrocic, musialby je wreczyc oskarzajacemu
go o kolaboracje dyrektorowi Stanislawowi Lorentzowi. Licho wie,
co przy tej okazji moglyby wladze zarzucic profesorowi.
Palacz i reszta laduja w skrytce biurka. Trzy lata pozniej rozgoryczony,
schorowany Adolf Szyszko-Bohusz umiera.
20 lat pozniej jego corka otwiera skrytke. Jej wuj Zbigniew Macierewicz
wrecza skarby ze skrytki dyrektorowi Stanislawowi Lorentzowi.
Czy powiedzial mu wtedy w zaufaniu, od kogo je otrzymal?
A jesli tak, czy Stanislaw Lorentz przypomnial sobie wrzesien roku
1946, kiedy Adolfa Szyszko-Bohusza oskarzyl o kolaboracje, a potem,
wobec niezbitych dowodow niewinnosci, oskarzenie to wycofal?
Praczke ratujemy, nie tracac ani chwili, gdyz samolot sciga umykajacy
czas
Jest jesien 1998 roku. Razem z Ryszardem Boncza obserwuje aukcje
w nowojorskim Sotheby's. W przestronnych salach wystawowych prezentowana
jest oferta na nastepna aukcje. Pod mlotek pojda dziesiatki wspanialych
dziel: sztuka egipska, stare malarstwo europejskie, swietne, stare
meble francuskie i wloskie.
Przechodzimy do wielkiej sali aukcyjnej. Kilkudziesieciu kupcow
licytuje malarstwo europejskie z XIX wieku i poczatkow XX. Sporo
dobrych, muzealnej klasy dziel. Po kwadransie pan Boncza melancholijnie
kiwa glowa - aukcja jest depresyjna, ceny wyjatkowo niskie. Za dobrze
skomponowane, porzadnie namalowane dekoracyjne pejzaze i sceny rodzajowe
licytujacy oferuja kilka, czasem kilkanascie tysiecy dolarow. Dobry
czas na kupowanie.
Na ekranie pojawia sie naprawde ladny niemiecki pejzaz. Prowadzacy
z szybkoscia karabinu maszynowego wykrzykuje propozycje cen, licytujacy
podnosza tabliczki z numerami. W pewnym momencie aukcjoner nieznacznie
zawiesza glos, uderza mlotkiem raz, drugi, trzeci. Koniec. Po niespelna
trzydziestu sekundach obraz zmienil wlasciciela. Zniknal w anonimowej,
prywatnej kolekcji. Dla swiata jest juz tylko jednowierszowa informacja
w miedzynarodowym katalogu aukcyjnych cen malarstwa - do chwili,
gdy znow pojawi sie na jakiejs aukcji lub w galerii.
- Na aukcjach old masters, dziel starych mistrzow, powstalych przed
XIX wiekiem, obrazy warte kilkaset tysiecy dolarow licytowane sa
w takim samym tempie. Gdybym nie zauwazyl Praczki w katalogu, zlicytowano
by ja w minute, gora dwie. Zniknelaby z rynku, byc moze na wiele
lat - mowi Ryszard Boncza.
Piec lat wczesniej, w styczniu 1993 roku, zaalarmowany przez pana
Boncze konsul Jerzy Surdykowski natychmiast powiadomil polskie Ministerstwo
Spraw Zagranicznych. Od Warszawy domagal sie przeslania dokumentacji,
ze obraz Metsu jest wlasnoscia panstwa polskiego. Poza tym postanowil
niezwlocznie wynajac amerykanskiego adwokata.
- Zdecydowalem sie poprosic o pomoc Thomasa Cahilla. Bardzo zrecznie
i skutecznie bronil on Polakow oskarzonych w slawnej aferze karabinowej.
Chociaz honorarium za swe uslugi w procesie "karabinierow"
otrzymal ze znacznym opoznieniem, to jednak pomagal nam potem w
wielu rozmaitych sprawach. To dobry, znany i, niestety, drogi adwokat
- mowi Jerzy Surdykowski.
Sotheby's poinformowal polski konsulat, ze dzielo sztuki mozna
wycofac z aukcji najpozniej na dwa dni przed licytacja. Wniosek
o wycofanie musi byc starannie, wiarygodnie udokumentowany. Inaczej
dzielo idzie pod mlotek.
- Od nabywcy, ktory dzielo sztuki kupil na aukcji w dobrej wierze,
znacznie trudniej je odzyskac niz od domu aukcyjnego. Kupiec moze
zreszta natychmiast po aukcji wywiezc dzielo do kraju, w ktorym
prawo lepiej chroni jego interesy niz w stanie Nowy Jork - wyjasnia
Ryszard Boncza.
W Ministerstwie Kultury specjalista od zaginionych dobr kultury
Monika Kuhnke dokonywala cudow. Pelna dokumentacje, ze Praczka przebywala
w Polsce co najmniej 160 lat, zas w czasie wojny zostala zrabowana
przez Niemcow, pani Kuhnke zebrala w rekordowym tempie dwoch dni:
11 i 12 stycznia 1993 roku. Termin dostarczenia wniosku do Sotheby's
uplywal nazajutrz, 13 stycznia 1993 r.
Rankiem 13 stycznia ministerialny kierowca pojechal do MSZ z pismem
dyrektora Muzeum Narodowego do Sotheby's, potwierdzajacym, ze Praczka
jest wlasnoscia muzeum. Stamtad pognal do ambasady USA po kolejne
oficjalne potwierdzenie. Amerykanski urzednik, uprzedzony, ze liczy
sie kazda minuta, czekal na pismo w drzwiach ambasady. Stamtad kierowca
zawrocil do MSZ po kolejna zgode, tym razem na nadanie przesylki
poczta kapitanska do Nowego Jorku. Na lotnisko zajechal kilka minut
przed odlotem samolotu. W ostatniej chwili wreczyl pakiecik kapitanowi
LOT-u.
- Uratowala nas roznica czasu. Na szczescie w Nowym Jorku slonce
wstaje szesc godzin pozniej - mowi Monika Kuhnke.
Ministerialne dokumenty wyladowaly wiec za oceanem jeszcze w godzinach
pracy nowojorskich firm.
Urzednik konsulatu, dzierzac pismo i dolaczone do niego fotokopie,
wraz z adwokatem Cahillem zdazyli wkroczyc do gabinetu Reny Moulopoulos,
wiceprezes Sotheby's, tuz przed zamknieciem biura domu aukcyjnego.
Pani Moulopoulos popatrzyla na fotokopie hitlerowskiego katalogu
"Sichergestellte Kunstwerke" ze zdjeciem Praczki i powiedziala:
- To przesadza sprawe.
W nocy dyrekcja Sotheby's podjela decyzje o wycofaniu Praczki z
aukcji.
Tarcz na Praczke zamienic nie sposob, zwlaszcza ze tarcze dawno
juz sprzedane
Pare dni po terminie aukcji, w Sotheby's pojawil sie konsul Jerzy
Surdykowski. Mial przeprowadzic ostateczny dowod, ze Praczka pochodzi
z polskiej kolekcji. Na przedwojennej fotografii odwrocia obrazu
widoczne sa: numer 38, namalowany czerwona minia w prawym dolnym
rogu, i ukosny napis inwentarzowy zlozony z czerwonych liter o wysokosci
4 cm. Konsul odnalazl na odwrociu obrazu zatrzymanego w Sotheby's
slady czerwonej farby z nieudolnie usunietego napisu inwentarzowego.
Wytarte litery mialy wysokosc 4 cm. Numer katalogowy 38 byl starannie
wyskrobany.
Polski konsulat ponaglil dom aukcyjny: czas oddac ukradziona Praczke.
Sotheby's zwlekal z odpowiedzia, wreszcie w lutym 1993 r. odkryl
karty.
Wlascicielem obrazu, oswiadczyli przedstawiciele Sotheby's, jest
jeden z czolowych kolekcjonerow europejskich. Stale mieszka w Monako.
Nie zyczy on sobie ujawniania nazwiska. Praczke, w dobrej wierze,
kupil ponad trzy lata temu, w filii Sotheby's w Monako, zatem zgodnie
z prawem amerykanskim przysluguje mu zwrot poniesionych kosztow.
Nowojorski dom aukcyjny odrzucil polskie pretensje, ze nie sprawdzil
nalezycie legalnosci pochodzenia obrazu. Na swiatowym rynku antykwarycznym
Praczka pojawila sie, wedle Sotheby's, w latach osiemdziesiatych.
Sprzedal ja renomowany niemiecki dom aukcyjny, ktory mial obowiazek
zbadac jej historie. Od tego czasu, argumentowali Amerykanie, nastepni
wlasciciele mieli prawo zakladac dobra wiare sprzedajacych.
Sotheby's wykluczyl poniesienie choc czesci kosztow odszkodowania
dla posiadacza Praczki. Dom aukcyjny byl sklonny jedynie zrezygnowac
z wlasnego honorarium, ktore wycenil na 7 tys. dolarow. Wedle Sotheby's
posiadacz Praczki za jej przekazanie zadal 63 tys. dolarow. Zaplacic
miala Polska.
Sotheby's jednak, znajac trudna sytuacje finansowa polskiego rzadu,
zaproponowal, by polskie Ministerstwo Kultury przekazalo mu jakies
dwa mniej wartosciowe obrazy, warte lacznie 60-70 tys. dolarow;
tyle, na ile oszacowano wstepnie wartosc Praczki na rynku nowojorskim.
Dom aukcyjny zadeklarowal, ze obrazy przyslane przez polski rzad
sprzeda bez prowizji, i z uzyskanego dochodu przekaze 63 tys. dolarow
posiadaczowi Praczki. Wtedy Praczka bedzie mogla wrocic do Warszawy.
Na koniec Sotheby's z zimna krwia zadeklarowal chec wyslania do
Warszawy eksperta, ktory mialby wybrac z panstwowych zbiorow cos
na sprzedaz w Nowym Jorku.
W Ministerstwie Kultury powialo groza. Nikt nie chcial podjac samobojczej
decyzji o sprzedaniu dziel z panstwowych zbiorow, by oplacic odzyskanie
skradzionej Praczki. Pozostawal wiec proces sadowy przeciwko Sotheby's.
Ale ministerstwo nie mialo na to pieniedzy. Renomowani adwokaci
nowojorscy godzili sie rozpoczac proces jedynie po otrzymaniu czeku
na co najmniej 25 tys. dolarow. Zastrzegali przy tym, ze w razie
przeciagania sie procesu ich koszty moga wzrosnac - nawet trzykrotnie.
- Zanosilo sie na to, ze koszt odzyskania obrazu Metsu moze byc
porownywalny z rynkowa cena dziela, albo i wyzszy. Niestety, tutaj
to rzecz normalna, koszty procesow przed sadami amerykanskimi sa
bardzo wysokie - mowi Ryszard Boncza.
W Warszawie zaczela sie szamotanina; w Ministerstwie Kultury pomysly
dziwaczne gonily pomysly osobliwe. Usilowano namowic do wykupienia
Praczki milionerke Barbare Piasecka-Johnson, ale wyjechala na urlop,
zakazujac swym sekretarzom laczenia jakichkolwiek rozmow. Zwlaszcza
rozmow o sponsorowaniu czegokolwiek. Potem chciano zorganizowac
wsrod amerykanskiej Polonii wielka narodowa skladke na wykupienie
Praczki z niewoli (ktos przytomny zauwazyl jednak, ze cierpliwosc
Polonusow w sprawie patriotycznych zbiorek juz sie skonczyla).
W sytuacji - jak sie wydawalo - bez wyjscia, pojawil sie pomysl
nader, jak sadzono, przebiegly: skoro juz musimy Praczke wykupic,
sprzedajac przy tym jakies dziela, to niech to beda dziela pochodzace
z niemieckich zbiorow. Konkretnie - tarcze herbowe zakonu joannitow.
W roku 1945 w zamku Sonnenburg (obecnie Slonsk pod Zielona Gora),
znaleziono komplet tarcz herbowych przelozonych zakonu joannitow.
Od wiekow kazdemu generalowi joannitow bracia zakonni zamawiali
portret i tarcze herbowa do sali posiedzen zakonu. Pod koniec wojny
Niemcy ukryli zbiory tarcz w Sonnenburgu. Najstarsze z nich liczyly
sobie trzy wieki. Po wojnie przewieziono je do Warszawy, do palacu
Pod Blacha.
Z planu przekazania joannitom tarcz w zamian za wykupienie przez
zakon Praczki i przekazanie jej Polsce nic jednak nie wyszlo. Najcenniejszych
tarcz w Polsce juz bowiem nie bylo.
Jak sie okazalo, kilka lat wczesniej wieczyscie biedne Ministerstwo
Kultury zamienilo je z pewnym londynskim konserwatorem i handlarzem
dziel sztuki polskiego pochodzenia na materialy do konserwacji dziel
sztuki na Zamku Krolewskim. Dzieki tym materialom konserwatorzy
uratowali rozpadajace sie arcydziela z naszych zbiorow. Klopoty
zaczely sie z drugiej strony. Londynski konserwator sprzedal tarcze
do Irlandii. Nowy wlasciciel zas wystawil je w Szwecji. Tam zauwazyli
je niemieccy joannici i wystapili do szwedzkiego sadu o zwrot.
Po skomplikowanym procesie irlandzki wlasciciel sprawe wygral.
Szwedzki sad uznal, ze Warszawa mogla swobodnie dysponowac tarczami
znalezionymi na ziemiach zajetych po wojnie.
- To bylo wazne rozstrzygniecie, gdyz zapadlo przed sadem, w ktorego
neutralnosc zadna ze stron nie watpila - wspomina prof. Wojciech
Kowalski, ktory byl wowczas glownym ekspertem powolanym przez irlandzkiego
wlasciciela tarcz.
Niestety, triumf sadowy w Sztokholmie w niczym Praczce pomoc nie
mogl; w roku 1993 z kolekcji tarcz joannitow pozostaly w podziemiach
palacu Pod Blacha malo wartosciowe resztki.
W akcie ostatecznej desperacji umyslono w ministerstwie, by wynajac
za poldarmo mlodziutkich adwokatow nowojorskich, ktorzy proces o
Praczke poprowadziliby nie dla pieniedzy, lecz dla rozglosu i slawy.
Ba, ale jakie mieliby szanse w starciu z najlepszymi kancelariami
broniacymi interesow Sotheby's?
Im wiecej dziwnych idei leglo sie w Warszawie, tym bardziej Warszawa
milczala.
Pod koniec marca zupelnie zniechecony mecenas Cahill ostrzegl nowojorski
konsulat RP, ze jesli polski rzad nie rozpocznie szybko procesu,
Sotheby's moze odeslac Praczke do Monako. Obowiazujace tam zas prawo
francuskie wlasciwie wyklucza odzyskanie skradzionego dziela kupionego
w dobrej wierze. Zaprzyjaznieni z konsulatem nowojorscy antykwariusze
przestrzegli, ze mecenas wie, co mowi; jego corka pracuje w konkurencyjnym
nowojorskim domu aukcyjnym.
Swego oburzenia na opieszalosc Warszawy w sprawie ratowania Praczki
nie kryla takze nowojorska Polonia.
- Patrzylem na nieporadnosc polskich wladz ze zdziwieniem i niepokojem.
Dla mnie bylo jasne, ze dalsza zwloka oznacza strate obrazu - mowi
Ryszard Boncza.
Pan Boncza na wlasna reke poprosil o wspolprace znanego nowojorskiego
adwokata specjalizujacego sie w odzyskiwaniu dziel sztuki, Thomasa
R. Kline'a. Mecenas Kline na wlasny koszt opracowal obszerna, wstepna
ekspertyze prawnego polozenia Praczki. Bylo ono niebywale zawiklane,
nalezalo bowiem brac pod uwage co najmniej trzy systemy prawne:
amerykanski, francuski i niemiecki. Co gorsza, nie bylo jasne, jaka
droge przebyla Praczka od wywiezienia w roku 1939 z Warszawy do
pojawienia sie po 54 latach w nowojorskim domu aukcyjnym. Sotheby's
konsekwentnie odmawial ujawnienia nazwiska kolekcjonera, ktory chcial
Praczke sprzedac. Dom aukcyjny musialby to jednak zrobic na zadanie
amerykanskiego sadu.
Koszty poprowadzenia procesu mec. Kline oszacowal na minimum 50
tys. dolarow. Ale - przestrzegal Ministerstwo Kultury - gra idzie
o stawke o wiele wyzsza niz tylko powrot Praczki. Zaprzepaszczenie
Praczki stworzyloby bardzo niebezpieczny precedens w roszczeniach
Polski o zwrot zrabowanych i wywiezionych nielegalnie dziel sztuki.
Warszawa ciagle jednak nie mogla zdecydowac sie, jak zamierza Praczke
odzyskac.
Ostatecznie mec. Kline wyslal do Europy na zwiady wspolpracujacego
z nim detektywa wyspecjalizowanego w poszukiwaniu dziel sztuki,
Willego Korte.
Wsrod amerykanskich antykwariuszy byl on postacia bardzo znana.
Z wyksztalcenia prawnik i historyk, prowadzil kilka spektakularnych
sledztw w sprawie zaginionych dziel sztuki na zlecenie znanej waszyngtonskiej
kancelarii prawniczej Andrews & Kurth. Czesciowo dzieki niemu
wyjasniona zostala tajemnica zaginionego skarbu z Quedlinburga (relikwiarze
z krysztalu gorskiego na zlotych postumentach, srebrna szkatule
inkrustowana cennymi klejnotami i plaskorzezbami z kosci sloniowej,
cudowne "Ewangelie Samuhela", napisane w calosci zlotym
inkaustem i oprawne w zloto, ukryte w czasie wojny przez niemieckich
ksiezy - w 1945 roku skradl i wywiozl do Stanow amerykanski zolnierz).
W lutym 1994 roku Willi Korte zawiadomil polski konsulat w Nowym
Jorku, ze poufnie uzyskal od zaprzyjaznionego pracownika centrali
Sotheby's dwie wielkiej wagi informacje. Po pierwsze: Sotheby's
twierdzi, ze przed aukcja w Monako przeslal katalog aukcyjny z opisana
w nim Praczka do Ambasady PRL w Londynie. Ambasada nie zareagowala,
wiec uznano, ze PRL nie rosci sobie pretensji do dziela Metsu.
Po wtore zas: Praczke sprzedawal na aukcji w Monako obywatel NRD.
W konsulacie wiesci te nie wywolaly wiekszego poruszenia.
- Ja nie mialem do Kortego przekonania. Zachowywal sie jak tajny
detektyw z niedobrej powiesci: dzwonil do konsulatu z dziwnych miejsc,
mowil szyfrem, dawal do zrozumienia, ze moze byc sledzony, slowem
- stwarzal atmosfere pelna grozy. To nie bylo powazne. Szczerze
mowiac, jego zachowanie jako eksperta zupelnie zniechecalo do rozpoczynania
kosztownego procesu sadowego - wspomina Jerzy Surdykowski.
W polowie roku 1993 sytuacja wygladala beznadziejnie: na proces
z Sotheby's o Praczke Polska nie miala pieniedzy, na wykupienie
jej bez procesu - takze nie. Amerykanska Polonia coraz glosniej
mowila o skandalu.
Wtedy do konsula Surdykowskiego zatelefonowal Wiktor Markowicz
i oswiadczyl, ze Praczke wykupi sam.
Markowicz to znana i barwna postac amerykanskiej Polonii, od lat
wielki sponsor polskiej kultury. W roku 1968 wyjechal z Polski do
Izraela. Nie spodobalo mu sie tam, pojechal do Stanow. Markowicz
byl swietnym matematykiem i doskonalym pokerzysta. Jego znajomi
opowiadaja, ze za pierwsza wieksza wygrana kupil udzialy w malej
firmie softwarowej. A potem splacil wspolnika i w ciagu paru lat
zdominowal w Stanach rynek urzadzen do obslugi gier liczbowych.
W roku 1993 jego firma GTECH byla najwiekszym na swiecie dostawca
systemow operacyjnych dla gier losowych. Nalezalo do niej niemal
dwie trzecie olbrzymiego rynku amerykanskiego i rynki siedemdziesieciu
innych krajow. GTECH trafil takze do Polski. Jesienia 1991 roku
firma Wiktora Markowicza skomputeryzowala naszego Totolotka - od
tej pory zaklady mozna robic do ostatniej niemal chwili przed losowaniem.
Markowicz lubil hazard, Markowicza zas lubily klopoty. Jego znajomi
powiadaja, ze choc przy stole do gry zachowywal kamienny spokoj,
nierzadko calkiem zatracal sie w lobbingu. W New Jersey na przyklad
posadzano GTech o nielegalne praktyki przy zdobywaniu kontraktow,
w Polsce zas wypominano Markowiczowi, ze swoj samolot udostepnil
Aleksandrowi Kwasniewskiemu w czasie jego wizyty w Stanach.
- Trudno powiedziec, komu Markowicz nie fundowal lotow swoim samolotem.
Latali nim polscy politycy, artysci i dziennikarze. Panstwo Markowiczowie
zawsze pomagali znanym gosciom z Polski - broni go Jerzy Surdykowski.
Uzgodnienia Warszawy z Wiktorem Markowiczem trwaly kilka miesiecy.
Gdy na poczatku roku 1994 konsulat zaproponowal wplacenie 50 tys.
dolarow ofiarowanych przez Markowicza na konto Sotheby's, dom aukcyjny
stwierdzil, ze to za malo: tajemniczy posiadacz Praczki z Monako
wlasnie zazadal za nia nie 63 tysiace, jak dotychczas, lecz 90 tys.
dolarow.
- Tak sie zemscilo przeciaganie sprawy. W ciagu roku, liczac od
stycznia 1993 roku, ceny starych mistrzow holenderskich wzrosly
w USA o 70 - 80 proc. Jestem przekonany, ze w styczniu 1994 roku
rynkowa wartosc Praczki wzrosla wrecz do 150 tys. dolarow - mowi
Ryszard Boncza.
Tyle zaplacic za Praczke Wiktor Markowicz nie byl w stanie.
Rozpoczely sie zmudne negocjacje w czworokacie Markowicz-konsulat
RP-Sotheby's-tajemniczy kolekcjoner z Monako. W ich trakcie Sotheby's
dosc niespodziewanie zmienil front: zaczal naciskac na posiadacza
Praczki, by zadowolil sie skromniejszym odszkodowaniem. Final negocjacji
otacza tajemnica. Wiadomo jednak, ze posiadacz Praczki znacznie
obnizyl swe zadania i ostatecznie otrzymal 65 tys. dolarow. Wiktor
Markowicz zaplacil nieco wiecej, niz wstepnie zadeklarowal. Nieoficjalnie
mowi sie o 55 tys. dolarow. Sotheby's, by doprowadzic do zawarcia
ugody miedzy posiadaczem obrazu i strona polska, doplacil brakujace
10 tys. dolarow. Zdaniem prawnikow swiadczylo to tylez o dbalosci
Sotheby's o dobre imie, co i o niezbyt czystym sumieniu.
W roku 1994 Praczka przyleciala na warszawskie Okecie.
Oficjalne przekazanie jej przez Wiktora Markowicza zorganizowano
w Ministerstwie Kultury.
Oficjalne jej powitanie odbylo sie z wielka pompa w Palacu Lazienkowskim.
Bylo mnostwo dygnitarzy, "cala Warszawa", przemowienia
i szampan.
Zabraklo dwoch gosci. Ryszarda Boncze, ktory zdjecie Praczki zauwazyl
w nowojorskim katalogu i zaalarmowal Warszawe, w koncu zapomniano
zaprosic. Palacza pozostawiono samotnie w magazynie Muzeum Narodowego.
Szacowny doktor Lemcke zbiera arcydziela, po czym okazuje sie,
ze nigdy go nie bylo
Rezygnacja z procesu przed nowojorskim sadem i wykupienie Praczki
zaoszczedzily wydatkow Ministerstwu Kultury. Zdaniem amerykanskich
prawnikow uniemozliwilo to jednak stworzenie waznego precedensu
- ze z paserami skradzionych dziel sztuki polski rzad walczy, a
nie negocjuje.
Detektyw Willi Korte mowi:
- Ten biznesmen, ktory kupil obraz i podarowal go Polsce, wkrotce
potem dostal od IRS, amerykanskiego urzedu podatkowego, ulge podatkowa
za swoja donacje charytatywna, w tym wypadku donacje na rzecz palacu
w Lazienkach. Jak znam amerykanski system podatkowy, odzyskal w
ten sposob prawie wszystkie pieniadze wylozone na wykupienie obrazu
z Sotheby's. Podobna sprawa miala zreszta kiedys miejsce w Stanach
z wykupieniem kradzionych dziel antycznych z Grecji. Czyli w efekcie,
za powrot obrazu Metsu do Polski zaplacil amerykanski podatnik.
To jest legalne, to jest okay. Klopot z tym tylko, ze rezygnujac
z procesu, rzad polski stracil byc moze jedyna szanse wytropienia
innych bardzo cennych dziel z katalogu "Sichergestellte Kunstwerke",
ktorych dotad nie odzyskano. Prawdopodobnie wywieziono je do Niemiec
razem z Praczka. Tylko proces przed amerykanskim sadem dawal szanse
wyjasnienia, kto to zrobil.
Opinie te potwierdza Ryszard Boncza. Tylko nakazy sadowe mogly
zmusic kolejnych posiadaczy Praczki do ujawnienia od kogo i w jakich
okolicznosciach ja kupowali. Tylko nakazy sadowe mogly otworzyc
prywatne archiwa w Niemczech, Monako i Stanach Zjednoczonych.
Co dzialo sie z Praczka w latach 1940-1993?
Pierwsze ogniwo w lancuszku sprzedajacych i kupujacych Praczke
odkryl Ryszard Boncza. Gdy dowiedzial sie, ze Praczke sprzedano
w roku 1984 w RFN, przestudiowal "Annual Art Sales Index"
z lat 1983-1984, ogromny rejestr cen dziel sztuki na swiatowym rynku
antykwarycznym. Tam wyszperal, ze Praczke sprzedal monachijski dom
aukcyjny Neumeister.
Neumeister Muenchener Kunstauktionshaus KG na pytania "Gazety"
wyjasnia: "[...] w naszej aukcji nr 220 zlicytowalismy obraz
Gabriela Metsu>>Mloda dziewczyna przy balii" do dodatkowej
sumy 57 000 DM. Do obrazu dolaczone zostalo orzeczenie dr. Walthera
Berndta z 19 sierpnia 1949 roku. [...] Zgodnie z naszymi warunkami
licytacji, przestrzegalismy niepodawania zadnych danych strony dostarczajacej
[...] Niestety, nie mozemy rowniez sprawdzic, kto byl nabywca tego
obrazu, poniewaz kontraktowe podkladki po uplywie 16 lat nie sa
juz u nas przechowywane".
W odpowiedz te moze wierzyc, kto chce. W holenderskich archiwach
zachowaly sie szczegolowe dane dotyczace sprzedazy i kupna Praczki
na aukcjach w XVIII wieku. Slynacy zas ze skrupulatnosci niemieccy
antykwariusze dokumentacje transakcji mieliby wyrzucic juz po paru
latach?
W maju 1994 roku prywatny detektyw Willi Korte, wystepujac w imieniu
mecenasa Thomasa R. Kline'a, uzyskal jednak pewne informacje od
firmy Neumeister.
- Udalo mi sie swoimi sposobami naklonic szefa domu aukcyjnego
Neumeister do udzielenia kilku poufnych informacji - mowi Willi
Korte.
W roku 1984 Praczke sprzedal w domu aukcyjnym Neumeister mieszkajacy
pod Monachium niejaki inzynier Schuetz. Jak wszedl w posiadanie
obrazu Gabriela Metsu? Mial odziedziczyc go po matce. Ona zas dostala
Praczke od przyjaciela, ktory kupil ja w pazdzierniku 1949 roku
w antykwariacie Greiner & Zietz w Konstancji nad Jeziorem Bodenskim.
Kto sprzedal Praczke w tym antykwariacie?
Firma Greiner & Zietz zostala zlikwidowana przed wielu laty.
Do jej dokumentacji bez nakazu niemieckiego sadu dotrzec nie sposob.
Kierownictwo antykwariatu Neumeister zapewnilo w roku 1994 detektywa
Korte, ze dziesiec lat wczesniej wystawilo Praczke na sprzedaz ze
spokojnym sumieniem. Doktor Schuetz bowiem, dostarczajac obraz na
sprzedaz, dolaczyl pisemne zaswiadczenie antykwariatu Greiner &
Zietz z Konstancji, wystawione 20 pazdziernika 1949 roku, ze Praczka
z cala pewnoscia pochodzi ze zbiorow niejakiego dr. K.F. Lemcke
z Rostoku. Ow dr Lemcke umarl w roku 1869 roku. Po jego smierci
Praczka miala przejsc do jakiejs prywatnej niemieckiej kolekcji
malarstwa, w ktorej pozostawac miala kilka dziesiatkow lat, najpewniej
az do II wojny swiatowej.
Wszystko to jest - rzecz jasna - klamstwem. Praczka nieprzerwanie
od roku 1774 do 1939, zatem przez 165 lat, znajdowala sie w warszawskich
Lazienkach. Potwierdzaja to liczne spisy z natury, sporzadzane przez
polskich i carskich urzednikow. Skad wiec to klamstwo o rostockiej
kolekcji?
Ingrid Ehlers, naczelny archiwista urzedu burmistrza Rostoku, na
pytanie "Gazety", co wiadomo o zyjacym w polowie XIX wieku
doktorze K.F. Lemcke i jego kolekcji, wyjasnia: "Nie znalezlismy,
niestety, zadnych sladow. W naszych ksiegach adresowych z lat 1868,
1869 nie jest wykazany zaden "Lemcke" (wsrod nazwisk Lembcke,
Lembke nie ma nikogo o inicjalach K.F.). Nazwisko nie wystepuje
rowniez od poczatku ksiag z roku 1858 do roku 1861. Pozniej jednak
wystepuje w Rostoku czesciej, w 1943 roku jedenascie razy, w 1949/50
dwanascie razy. Ustalenie, kto z nich mogl byc potomkiem, nie jest
jednak mozliwe".
Nie bylo zatem zadnego zacnego rostockiego doktora K.F. Lemcke
ani jego kolekcji dziel sztuki. Lemcke, ktorzy pojawili sie w Rostoku
pod koniec wojny, to najpewniej przesiedlency - moze ze wschodu,
moze z duzych, intensywnie bombardowanych przez aliantow miast przemyslowych.
Dlaczego jednak w roku 1949 wymyslono bajeczke o doktorze Lemcke
z Rostoku? Coz, naprawde niewiele niemieckich miast lezy dalej od
Konstancji niz Rostok. Co wiecej, na dwa tygodnie przed powstaniem
pisma poswiadczajacego pochodzenie obrazu Metsu z kolekcji dr. K.F.
Lemcke, Rostok znalazl sie w granicach wlasnie proklamowanej Niemieckiej
Republiki Demokratycznej. To byla najlepsza gwarancja, ze klienci
antykwariatu Greiner & Zietz w Konstancji nie sprawdza na wlasna
reke pochodzenia Praczki.
Doktora Lemcke nie bylo - ale byl doktor Bernt.
Antykwariat Neumeister bronil sie w roku 1994, ze nie sposob bylo
dziesiec lat wczesniej podwazac autentycznosci i legalnosci pochodzenia
Praczki, gdyz pozytywna ekspertyze dziela Metsu sporzadzil 19 sierpnia
1949 roku dla antykwariatu Greiner & Zietz wybitny niemiecki
znawca malarstwa niderlandzkiego, dr Walther Bernt.
Doktor Bernt juz przed wojna byl w tej kwestii wielkim autorytetem.
Zgromadzil bodaj najwieksze archiwum dokumentujace wszystkie znane
dziela starych mistrzow niderlandzkich. W roku 1949 opublikowal
trzytomowa monografie malarstwa holenderskiego - do dzis bedaca
biblia historykow sztuki. Archiwum prof. Bernta bylo tak szczegolowe
i cenne, ze po wojnie eksperci i historycy sztuki z calej Europy,
opracowujac jakis temat z zakresu malarstwa niderlandzkiego, niemal
rutynowo zwracali sie do monachijskiego historyka sztuki z prosba
o informacje.
Doktor Bernt musial wiedziec i wiedzial, ze do roku 1939 Praczka
znajdowala sie w polskich zbiorach panstwowych w Lazienkach - skonczyl
wlasnie szczegolowa monografie malarstwa niderlandzkiego. A skoro
po wojnie Praczka pojawila sie w prowincjonalnym niemieckim antykwariacie,
to doprawdy nie sposob bylo nie domyslic sie, jak tam trafila. Tym
bardziej ze w czasie wojny dr Bernt byl naukowym konsultantem ekip,
ktore grabily europejskie zbiory dla muzeum Hitlera w Linzu i dla
Hermanna Goeringa.
A jak Praczka trafila do antykwariatu w Konstancji? Najprawdopodobniej
miedzy innymi Praczki dotyczy pismo Wilhelma Ernsta Palezieux, zausznika
generalnego gubernatora Hansa Franka, z 24 sierpnia 1944 roku do
szefa administracji GG: "Pozwalam sobie doreczyc Panu liste
przedmiotow artystycznych, ktore osobiscie przewiozlem samochodem
do zamku w Seichau, powiat Jauer [dzis Sichowa w powiecie Jawor
- przyp. W.K.] na Dolnym Slasku. Oprocz wymienionych w niej czternastu
pozycji wyslano na zyczenie Pana Gubernatora do Seichau trzy wagony
kolejowe wartosciowych dziel sztuki, ktore znajdowaly sie w piwnicach
zamku wawelskiego". Hans Frank po ucieczce z Krakowa przed
nacierajacymi Sowietami przyjechal do Seichau wieczorem 17 stycznia
1945 roku. W tamtejszym palacu spedzil siedem dni, sortujac i pakujac
wywiezione z Wawelu polskie skarby. Dla hitlerowcow formalnie byly
one wlasnoscia III Rzeszy, ale niemalo wskazuje na to, ze Frank
i Palezieux w trakcie przepakowywania swiadomie stworzyli balagan
i zamet, by wiele z najcenniejszych dziel sztuki ewakuowac dalej
juz we wlasnych bagazach. Na kilka dni przed zdobyciem Seichau przez
Rosjan, na zachod ruszyly kolumny san, furmanek i samochody niemieckich
dygnitarzy. W ktorej ze skrzyn znajdowala sie Praczka? Nie wiadomo.
Nie wiadomo, czy zrabowal ja na wlasna reke Frank, Palezieux, czy
tez ktos inny ze swity Franka lub wojskowej ochrony transportu.
Gdy 4 maja 1945 roku Amerykanie aresztowali w Bawarii Hansa Franka,
w jego osobistym bagazu znaleziono bezcenny, haftowany zlotem ornat
Piotra Kmity. Praczki nie bylo. W willi Franka w Fischhausen nad
Schliersee znaleziono "Dame z gronostajem" Leonarda i
"Nadciagajaca burze" Rubensa. Tam tez Praczki nie bylo.
Ktokolwiek i gdziekolwiek Praczke w Bawarii ukryl, cztery lata
pozniej zdecydowal sie sprzedac ja w Konstancji.
Wykonujacy w roku 1949 ekspertyze dr Bernt wiedzial, ze Praczka
jest dzielem skradzionym przez hitlerowcow.
W roku 1984 wlasciciele domu aukcyjnego Neumeister musieli wiedziec,
ze Praczka jest skradziona z Warszawy. Dziesiec lat wczesniej bowiem,
w roku 1974, ukazala sie jedyna do tej pory, znana i cytowana przez
specjalistow, monografia tworczosci Gabriela Metsu autorstwa amerykanskiego
historyka sztuki Franklina W. Robinsona. Na stronie 210. Robinson
opublikowal w niej fotografie Praczki i opatrzyl podpisem: "formerly
Lasienski Gallery, Warsaw" [pisownia oryginalu - przyp. W.K.],
czyli: "uprzednio w Galerii Lazienki, Warszawa". Jesli
dom aukcyjny w wypadku bardzo cennego dziela sztuki takiej informacji
nie potwierdza i nie wyjasnia, co z obrazem dzialo sie pozniej,
to znaczy, ze ma powody, by nie chciec tego robic.
Praczka zostala sprzedana w roku 1984 przez dom aukcyjny Neumeister
za 57 000 marek, wowczas rownowartosc okolo 24 tys. dolarow.
Ktos, kto kupil Praczke w domu Neumeister, sprzedal ja 2 grudnia
1988 roku na aukcji w Sotheby's w Monako. Historyk sztuki, opracowujacy
na zlecenie monakijskiego Sotheby's katalog tej aukcji, badal bardzo
szczegolowo przeszlosc Praczki; przywolal dotyczace jej informacje
z siedemnastowiecznych archiwow holenderskich, przywolal katalog
kolekcji w Lazienkach z roku 1895 oraz dzielo profesorow Bialostockiego
i Walickiego z roku 1956. Ba, nawet wyszperal gdzies nieznana, a
arcyciekawa informacje, ze podczas wojny, w roku 1940, na rynku
antykwarycznym w Arnhem pojawil sie nieznany obraz Metsu przedstawiajacy
mloda kobiete polerujaca garnki, ktory, zdaniem eksperta Sotheby's,
jest pendant do Praczki. Tymczasem w cytowanym w katalogu Sotheby's
dziele Bialostocki i Walicki twierdza, ze pendant do Praczki jest
Palacz. Rozbieznosc te natychmiast sprawdzilby - odkrywajac przy
okazji fakt kradziezy Praczki z Lazienek - byle student historii
sztuki. Wytrawny autor metryki dziela w katalogu Sotheby's dziwnym
trafem przeszedl nad tym do porzadku dziennego.
W Monako Praczke kupil za 120 tys. dolarow anonimowy kolekcjoner.
Jedne z nieoficjalnych wiesci glosily, ze jest Holendrem, inne,
ze Niemka. Gdy probowal sprzedac obraz w Sotheby's, zauwazyl to
Ryszard Boncza.
Dwa lata po powrocie Praczki do Warszawy rzecznik Sotheby's Matthiew
Weigman przyznal, ze dom aukcyjny zatail pochodzenie obrazu na zyczenie
sprzedajacego. Bano sie, ze "podanie pochodzenia moze zaszkodzic
obrazowi".
W Warszawie wojne tocza, tesknosc Praczki i Palacza za nic maja
przy tym
Na poczatku listopada 1994 roku dr Antoni Ziemba, kurator galerii
malarstwa obcego w Muzeum Narodowym w Warszawie, polecial do Nowego
Jorku. Mial potwierdzic autentycznosc Praczki i powrocic z nia do
Polski. Uroczyste przekazanie Praczki przez Wiktora Markowicza odbylo
sie w polskim konsulacie.
- Byl to najwazniejszy moment uroczystosci nagradzania dzialaczy
polonijnych za zaslugi dla polskiej kultury - opowiada dr Ziemba.
Po kilku toastach dzialacze polonijni wyjeli Praczke z jego rak
i zaczeli ogladac z bliska.
- Praczka ginela mi z oczu, to znow pojawiala sie w nieoczekiwanych
miejscach, balansujac miedzy kieliszkami z szampanem. To bylo mocno
stresujace przezycie - wspomina.
Jeszcze wiekszy stres czekal go na lotnisku. Okazalo sie, ze nikt
nie pomyslal o przygotowaniu pancernej walizki do przewozu dziel
sztuki, uzywanej zawsze w takich wypadkach. Praczka poleciala do
Polski w bialej kopercie z folii babelkowej.
Dopiero na lotnisku w Warszawie oslupialy dr Ziemba dowiedzial
sie od oczekujacego nan przedstawiciela Ministerstwa Kultury, ze
Praczke przywiozl nie dla Muzeum Narodowego, jak sadzil, lecz dla
Lazienek. Juz nazajutrz Praczka znalazla sie w ogniu bitwy toczonej
przez dyrektora Lazienek Marka Kwiatkowskiego z Muzeum Narodowym.
Przed druga wojna swiatowa dziela sztuki znajdujace sie w Lazienkach,
na Zamku Krolewskim i w Belwederze tworzyly lacznie Panstwowe Zbiory
Sztuki. Utworzono je w celu dekorowania reprezentacyjnych siedzib
panstwowych. W czasie wojny Lazienki, Belweder i Zamek Krolewski
zostaly zniszczone. Komunistyczne wladze kultury odzyskane z wojennego
zametu dziela pochodzace z przedwojennych PZS oddaly do zbiorow
Muzeum Narodowego. Po odbudowaniu Belwederu, Lazienek i Zamku, muzeum
przekazalo na ich wyposazenie czesc swych zbiorow. Do Lazienek trafily
po czesci dziela znajdujace sie juz tam przed wojna, po czesci obiekty
ze zbiorow MN, ktore nigdy wczesniej w Lazienkach sie nie pojawialy.
Kolekcja lazienkowska w sensie prawnym byla wowczas filia Muzeum
Narodowego.
Po roku 1989 dyr. Marek Kwiatkowski oglosil, ze warszawskie Lazienki
powinny byc odrebna instytucja kulturalna. Dyrektor Kwiatkowski,
nie zwazajac na ostatnie, niechlubne lata Stanislawa Augusta, uznal
ostatniego krola za wzorowego mecenasa sztuki, siebie zas za jedynego
depozytariusza kolekcjonerskich zamyslow krolewskich. Co oglosil,
tego i dopial: muzeum w Lazienkach dzieki jego lobbingowi jest dzis
odrebna, samodzielna placowka muzealna. Przedmiotem sporu sa jednak
znajdujace sie tam dziela. Do dzis nie zostaly one prawnie podzielone
miedzy muzeum w Lazienkach a Muzeum Narodowe.
Muzeum Narodowe uwaza, ze skoro po wojnie nalezaly one do Narodowego
i tam tez znajduja sie ich karty naukowe, to wszystkie powinny do
Narodowego wrocic. Pracownicy MN poufnie opowiadaja o dyrekcji Lazienek
rzeczy straszne; dyrekcja Lazienek otoz bezprawnie usilowala nadawac
wlasne numery inwentarzowe dzielom sztuki, ktore jeszcze w XIX wieku
kupione byly do zbiorow Muzeum Sztuk Pieknych, antenata dzisiejszego
Narodowego. Gorzej - w Narodowym opowiadaja, ze w Lazienkach potajemnie
wyskrobywano z obrazow numery inwentarzowe Muzeum Narodowego.
W srodowisku historykow sztuki czyn to wlasciwie jeszcze straszniejszy
od ukradzenia komus portfela.
Dyrektor Kwiatkowski zas twierdzi, ze to Muzeum Narodowe, korzystajac
z zaprowadzenia w Polsce dyktatury proletariatu, okradlo Lazienki
ze 145 obrazow, ktore historycznie naleza do lazienkowskiej kolekcji
Stanislawa Augusta. - Komunistyczny zarazek przywlaszczania szalenie
rozwinal sie wsrod mlodych pracownikow Muzeum Narodowego - mowi.
Obie strony polgebkiem wspominaja, ze spor ten wskutek postawy
strony przeciwnej skonczy sie zapewne w sadzie.
A w srodku tego sporu tkwi Praczka.
Wedle historykow sztuki z Muzeum Narodowego, Praczka znalazla sie
w sytuacji tureckiej branki; tkwi w niewielkim, wilgotnawym, bo
pozbawionym wszelkiej klimatyzacji pomieszczeniu, wystawiona na
lepkie oddechy nadmiernie stloczonych widzow. Od czasu do czasu
zas patrzec musi, mowia ze zgroza muzealnicy z Narodowego, na brewerie
odbywajace sie w lazienkowskich wnetrzach. Podczas bankietow kopca
tam dziesiatki swiec, a jedna rzezba nawet sie, w niejasnych okolicznosciach,
rozpadla.
W tej sytuacji w ogole mowy byc nie moze o przekazaniu karty naukowej
Praczki do Lazienek, slysze.
Wedle Marka Kwiatkowskiego, w sytuacji aresztanta znalazl sie Palacz.
Zwrocony przed trzydziestu laty do Muzeum Narodowego, przetrzymywany
jest tam bezprawnie, zamiast wrocic do Lazienek, slysze.
W zeszlym roku przez kilka miesiecy Palacza i Praczke dzielilo
raptem pare pieter. Autorzy wystawy "Sztuka cenniejsza niz
zloto" w warszawskim Muzeum Narodowym w 10-lecie smierci prof.
Jana Bialostockiego wypozyczyli Praczke z Lazienek. Pokazano ja
obok arcydziel Jana Brueghla Starszego, Rembrandta, Lucasa Cranacha,
Hansa Memlinga, Michaela Willmanna. Tworcy wystawy uznali Palacza
za niegodnego pojawienia sie w towarzystwie prac tak wielkich mistrzow.
Pozostal w magazynie w muzeum.
Dzis znow Palacza i Praczke dzieli kilka warszawskich ulic.
A moze by tak ktos wymyslil taka wystawe, na ktorej pokazano by
Palacza i Praczke? Choc przez pare tygodni. Razem.
W tekscie wykorzystano monografie, opracowania, artykuly: Jana Bialostockiego,
Michala Walickiego, Ralpha Blumenthala, Piotra Gacka, Jozefa Jamroza,
Boleslawa Szmyta, Tadeusza Mankowskiego
WLODZIMIERZ KALICKI; WSPOLPRACA: ANNA RUBINOWICZ; TOMASZ ZALEWSKI,
TOMASZ SURDEL
|